Droga świętości Ks. Michała Sopoćki (cz. IX)

Spowiednik i kierownik duchowy świętej Faustyny Kowalskiej oraz współrealizator jej misji
W 1933 roku ks. Sopoćko, jako spowiednik sióstr zakonnych - tę funkcję pełnił w kilku Zgromadzeniach Zakonnych w Wilnie przez kilkanaście lat - spotkał się z siostrą Faustyną Kowalską. Można uznać, że opatrznościowo został wybrany i przygotowany do roli jej spowiednika i kierownika duchowego. W pełni się w niej odnalazł. Sama siostra dała o tym świadectwo w "Dzienniczku" oraz w listach do niego pisanych. Poprowadził ją bowiem drogą doskonałości, okazał się niezastąpioną pomocą w rozeznawaniu jej wewnętrznych doznań oraz objawień. Z jego inicjatywy powstał "Dzienniczek". Siostra znalazła w nim współrealizatora i kontynuatora powierzanej w objawieniach misji szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego.

Można postawić pytanie: co pomogło ks. Sopoćce wejść we wskazaną rolę, wypełnić ją? Czy tylko wiedza teologiczna, umiejętności przewodnika duchowego? To niewątpliwie posiadał. Nie zabrakło mu przy tym roztropności i mądrości. Ale spotkanie z tak niezwykłą penitentką, nawiązanie z nią dialogu pełnego zrozumienia, z osobą doznającą przeżyć mistycznych, musiało mieć oparcie w osobistych głębokich jego relacjach z Bogiem, wysoko rozwiniętych cnotach wiary, nadziei i miłości. Wiedza z zakresu teologii ascetycznej i mistycznej pomogła mu przekonać się o autentyzmie życia mistycznego siostry, ale uwierzenie w jej objawienia wymagało już osobistej wiary. Co mogło zmotywować go do podjęcia się realizacji wezwań kierowanych do siostry w objawieniach? W duszy ks. Sopoćki musiał się dokonać proces osobistego spotkania się z tajemnica Boga miłosiernego. Musiał on odkryć czym jest Boże Miłosierdzie. Doznać łaski poznania tegoż Miłosierdzia, jego mocy, prawdy o niezbędności zwrócenia się do niego w życiu religijnym chrześcijan. Jakże bowiem inaczej można wytłumaczyć jego zapalenie się do tej idei, oddanie się jej służbie? Przez swą wielką gorliwość apostolską, osobisty rozwój życia wiary, wypracowywaną wiedzę teologiczną i duszpasterską, dorastał do wejścia w rolę apostoła Miłosierdzia Bożego. Osoba siostry Faustyny i jej objawienia, stały się inspiracją, pobudziły do wytrwałej osobistej pracy teologiczno-duchowej nad tajemnicą Miłosierdzia Bożego. Te jego własne trudy badawcze poparte modlitwą stały się też ostatecznie źródłem zaangażowania w apostolstwo Miłosierdzia. Sprawiły, że otworzył się na, skierowane także do niego, wezwanie do apostolstwa Miłosierdzia. I w tym ujawniła się jego wielkość, nieprzeciętność. Rozeznał i przyjął wezwanie, którego okazją były objawienia siostry Faustyny. Podejmując się dzieła apostolstwa Miłosierdzia, nie czynił to dlatego, że nalegała na to siostra Faustyna, ale dlatego, że osobiście przekonał się do tej prawdy przez studium nauki objawionej, odkrył wielki pożytek duszpasterski nauczania o Miłosierdziu Bożym oraz kultu tegoż Miłosierdzia. To nie objawienia Siostry, ich treść były przedmiotem nauczania ks. Sopoćki, ale prawdy objawione przekazywane w Kościele. One też były kryterium weryfikacji objawień siostry.
 
Praca, którą ks. Sopoćko wykonał dla szerzenia idei i kultu Miłosierdzia Bożego, sięga autentycznie nieprzeciętnych wymiarów. Naukowe badanie, publikacje, zabiegi u władz kościelnych, nauczanie. A samo zaistnienie "Dzienniczka" siostry za jego przyczyną? Wydaje się, że w całej historii zabiegów o aprobatę kultu Miłosierdzia Bożego nikt tyle się nie natrudził i nie uczynił dla tego dzieła co ks. Sopoćko. A jeśli wspomnieć o drugiej stronie apostolstwa, ukrytej dla zewnętrznego postrzegania, a zamkniętej w osobistym cierpieniu ks. Sopoćki, ponoszonym wskutek przeciwności dla tejże sprawy, niezrozumienia, nieufności, banalizowania jego działań, posądzania o własne ambicje, niezwykła jego rola i zasługi dla szerzenia kultu, a tym samym jego wielkość jako apostoła Miłosierdzia Bożego stają się niezaprzeczalne.
 
Spotkanie z siostrą Faustyną i odkrycie od nowa prawdy o Miłosierdziu Bożym, nadało nowy wymiar życiu wiary, życiu duchowemu, kapłaństwu i apostolstwu ks. Sopoćki. Już w 1938 roku zapisał w swym "Dzienniku": Są prawdy, które się zna i często o nich się słyszy i mówi, ale się nie rozumie. Tak było ze mną co do prawdy miłosierdzia Bożego. Tyle razy wspominałem o tej prawdzie w kazaniach, powtarzałem w modlitwach kościelnych - szczególnie w psalmach - ale nie rozumiałem znaczenia tej prawdy, ani też nie wnikałem w jej treść, że jest najwyższym przymiotem działalności Boga na zewnątrz. Dopiero trzeba było prostej zakonnicy S. Faustyny ze Zgromadzenia Opieki Matki Bożej (Magdalenek), która intuicją wiedziona powiedziała mi o niej, krótko i często to powtarzała, pobudzając mnie do badania, studiowania i częstego o tej prawdzie myślenia. Nie mogę tu powtarzać, a raczej ujmować szczegółów naszej rozmowy, a tylko ogólnie zaznaczę, że z początku nie wiedziałem dobrze o co chodzi, słuchałem, niedowierzałem, zastanawiałem się, badałem radziłem się innych - dopiero po kilku latach zrozumiałem doniosłość tego dzieła, wielkość tej idei i przekonałem się sam o skuteczności tego starego wprawdzie, ale zaniedbanego i domagającego się w naszych czasach odnowienia, wielkiego życiodajnego kultu. (...) Ufność w Miłosierdzie Boże, szerzenie kultu tego miłosierdzia wśród innych i bezgraniczne poświęcenie mu wszystkich swoich myśli, słów i uczynków bez cienia szukania siebie będzie naczelną zasadą mego dalszego życia przy pomocy tegoż niezmierzonego miłosierdzia. I faktycznie takim był i tak czynił do końca swego życia.
 
Odnośnie sprawy szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego jeszcze przed wojną doprowadził do namalowania w 1934 roku obrazu Najmiłosierniejszego Zbawiciela, a następnie umieszczenia go w kościele św. Michała w Wilnie. Wydał kilka publikacji na temat Miłosierdzia Bożego i potrzeby święta Miłosierdzia, wydrukował modlitwy do Miłosierdzia Bożego. Czynił to wszystko w porozumieniu ze swym Ordynariuszem, jakkolwiek nie znajdywał u niego pełnego zrozumienia i poparcia. Występował z memoriałami do biskupów w sprawie święta. Udał się też w tym samym celu osobiście do Rzymu.
 
Te jego poczynania, dość już znaczące, były jednakże tylko zapoczątkowaniem wielkiego dzieła szerzenia kultu Miłosierdzia Bożego. Nie znajdowały jeszcze należytego odzewu w religijności wiernych, ani wyraźnej przychylności władz kościelnych, jakkolwiek wkładał w nie wiele osobistego wysiłku i trudu. Jedynie siostra Faustyna doceniała jego zaangażoawnie. Nazywała go już wtedy apostołem Miłosierdzia Bożego. Dane jej było poznać, jak odnotowała to w "Dzienniczku", że otrzymuje od Boga dużo światła i pomocy, że Bóg jest zadowolony z jego wysiłków. Postrzegała w nim współrealizatora zleconej jej misji, który dalej dzieło to poprowadzi. W jednym z listów pisała do niego z Krakowa: ...wiele jest już w tej sprawie zrobione, kiedy rozważam te rzeczy to święte zdumienie mnie ogarnia, że Ojciec tyle rzeczy już przeprowadził, co z początku zdawało się nie do pomyślenia wskutek piętrzących się trudności. Mam nadzieję, że i dalsze sprawy nie kto inny, ale ojciec przeprowadzi. Siostra oczekiwała od księdza zewnętrznego działania dla sprawy apostolstwa Miłosierdzia Bożego, a ze swej strony wspierała go modlitwą i ofiarą. W innym liście pisała: W myśl Ojcu całą duszę swoją włączam w kierunku święta tego, aby dopomóc Ojcu w dziele wielkim Bożym. Modlitwą i ofiarą całopalną z siebie wypraszać będę błogosławieństwo Boże dla Drogiego Ojca w całej tej sprawie. Pomiędzy nimi, jak łatwo zauważyć, układała się piękna współpraca. Siostra bardziej duchowo, wewnętrznie w niej uczestniczyła, ksiądz wspierany przez nią na zewnątrz apostołował.
 
Siostra Faustyna szybko odeszła do Boga, księdzu Sopoćce pozostawione zostało wielkie i trudne zadanie kontynuacji dzieła, które wspólnie rozpoczęli. W ostatnim swoim liście do ks. Sopocki, na parę miesięcy przed śmiercią Siostra pisała: Ciekawam co u Kochanego Ojca słychać? Jak zdrowie, czy się poprawiło? Prosiłam Boga aby raczył Ojca zachować na długie lata przy dobrym zdrowiu, bo potrzeba dla dzieła tego. Ach Ojcze jak się niezmiernie cieszę, że Miłosierdzie Boże już jest czczone mimo przeciwności i zazdrości ludzi, mimo złości i nienawiści szatana, dzieło Boże ani na włos nie poniesie uszczerbku. Dał mi Pan poznać chwałę swoją, która płynie z dzieła tego, a jest to dopiero początek, zdumiało się serce moje na widok tego poznania. (...) Pomimo jednak tego, że sam Bóg kieruje tym dziełem, jednak jesteśmy zobowiązani czynić wszystko, co jest w naszej mocy by je pchnąć naprzód, choćby trudy nasze pozornie były daremne, jednak na nich buduje się dzieło Boże. Słowa powyższe można przyjąć za testament siostry. Wyrażają to co już dokonało się dla dzieła szerzenia prawdy i czci Miłosierdzia Bożego oraz radość z tego powodu. Wskazują jednocześnie, że dużo jeszcze należy uczynić, że Bóg dzieło prowadzi i zrealizuje, ale potrzebny jest trud człowieka, a z nim nieodłączne cierpienie. A że słowa te pisała do ks. Sopoćki, w nikim innym nie mogła upatrywać kontynuatora tegoż dzieła.
 
Czas Miłosierdzia, nr 10(126)/2000