5/ Życiorys: „Wymaluj obraz”

Właśnie w płockim klasztorze, do którego Siostra Faustyna przybyła w maju lub czerwcu 1930 roku, rozpoczyna się jej wielka prorocka misja. Była niedziela, 22 lutego 1931 roku. Wieczorem, kie- dy przyszła do swej celi, oczyma ciała ujrzała Pana Jezusa w białej szacie. Prawą rękę miał wzniesioną do błogosławieństwa, a lewa dotykała szaty na piersiach, skąd wychodziły dwa promienie: czerwony i blady. Po chwili powiedział jej Jezus: Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi, zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały (Dz. 47-48).

O tym wydarzeniu powiedziała przy pierwszej spowiedzi, a ksiądz kazał jej malować obraz Jezusa w swojej duszy. Lecz gdy odchodziła od konfesjonału Pan Jezus wyjaśnił: Mój obraz w duszy twojej jest. Ja pragnę, aby było Miłosierdzia święto. Chcę, aby ten obraz, który wymalujesz pędzlem, żeby był uroczyście poświęcony w pierwszą niedzielę po Wielkanocy, ta niedziela ma być Świętem Miłosierdzia. Pragnę, ażeby kapłani głosili to wielkie miłosierdzie Moje względem dusz grzesznych (Dz. 49-50). Upewniona przez Jezusa, że chodzi o obraz materialny, sprawę przedstawiła miejscowej przełożonej s. Róży Kłobukowskiej, która zażądała znaku potwierdzającego prawdziwość tych objawień. Jezus powiedział Siostrze Faustynie, że taki znak da przez łaski, których udzieli przez ten obraz. Siostra Faustyna sama nie umiała malować, a chcąc wypełnić życzenie Jezusa, prosiła s. Bożennę Pniewską, by jej pomogła. Nie umiejąc malować – wspomina s. Bożenna – a nie wiedząc, że jej chodziło o obraz nowego typu, zaproponowałam, że dam jej obrazek do wyboru, gdyż miałam dużo ładnych obrazków. Podziękowała mi za tę propozycję, lecz jej nie przyjęła.

W klasztorze płockim zaczęła rozchodzić się szeptana wieść o jakimś objawieniu Siostry Faustyny. Współsiostry we wspólnocie zaczęły sceptycznie odnosić się do niej: jedne ostrzegały ją przed złudzeniem, inne przymawiały, że jest histeryczką i fantastyczką, a jeszcze inne z uznaniem twierdziły, że musi być blisko Jezusa, skoro w takim spokoju znosi tyle cierpienia. Postanowiłam sobie wszystko znosić w cichości ani się nie tłumaczyć na zadawane mi pytanie – zapisała w dzienniczku Siostra Faustyna – Jednych drażniło to moje milczenie, a zwłaszcza więcej ciekawych. Drugie – głębiej myślące – mówiły, że jednak Siostra Faustyna musi być bardzo blisko Boga, że ma siłę znieść tyle cierpień (Dz. 126).

Największym cierpieniem była jednak niepewność co do pochodzenia objawień. Przełożone odsyłały ją do kapłanów, a kapłani do przełożonych. Siostra Faustyna pragnęła, aby jakiś kapłan autorytatywnie tę kwestię rozstrzygnął i powiedział to jedno słowo: Bądź spokojna, na dobrej jesteś drodze, albo – odrzuć to wszystko, bo to nie od Boga pochodzi (Dz. 127). W tej sytuacji starała się unikać Pana, a kiedy przychodził, pytała: Jezu, czy Ty jesteś Bóg mój, czy widmo jakie? Bo mówią mi przełożeni, że bywają złudzenia i widma różne. Jeżeli jesteś Pan mój, to proszę, pobłogosław mi. – Wtem uczynił Jezus duży znak krzyża nade mną, a ja się przeżegnałam. Kiedy przeprosiłam Jezusa za to pytanie, Jezus mi odpowiedział, że tym pytaniem nie sprawiłam mu żadnej przykrości, i powiedział mi Pan, że bardzo Mu się podoba ufność moja (Dz. 54).

Brak stałego kierownika duchowego i niemożność wypełnienia poleconych zadań sprawiły, że Siostra Faustyna chciała się usunąć od tych nadprzyrodzonych natchnień, ale Jezus cierpliwie jej wyjaśniał wielkość tego dzieła, do którego ją wybrał. Wiedz o tym – tłumaczył – że jeżeli zaniedbasz sprawę malowania tego obrazu i całego dzieła miłosierdzia, odpowiesz za wielką liczbę dusz w dzień sądu (Dz. 154). Te słowa napełniały jej duszę wielką bojaźnią. Uświadamiała sobie, że odpowiada nie tylko za swoje zbawienie, ale także za zbawienie innych ludzi, dlatego postanawiała uczynić wszystko, co w jej mocy, i prosiła, by Jezus udzielił jej potrzebnych łask do spełnienia Jego woli lub żeby tymi łaskami obdarzył kogo innego, bo ona je tylko marnuje.

W listopadzie 1932 roku Siostra Faustyna opuściła Płock i przyjechała do Warszawy na tak zwaną „trzecią probację”, by przygotować się do złożenia ślubów wieczystych. Przełożeni najpierw wysłali ją do pobliskiego domu Zgromadzenia w Walendowie, gdzie właśnie rozpoczęły się doroczne ośmiodniowe rekolekcje pod kierunkiem jezuity o. Edmunda Eltera, profesora etyki, homiletyki i retoryki na rzymskim uniwersytecie Gregorianum. On w czasie spowiedzi zapewnił ją, że jest na dobrej drodze, a jej obcowanie z Jezusem nie jest ani histerią, ani złudzeniem, ani marzycielstwem. Zalecił wierność tym łaskom, nie pozwolił się od nich usuwać, lecz prosić Boga o kierownika duchowego, który by pomógł w rozeznawaniu i pełnieniu Jego zamiarów. Po rekolekcjach pełna wdzięczności i duchowej radości wróciła do Warszawy, by na trzeciej probacji pod kierunkiem m. Małgorzaty Gimbutt wraz z dwiema siostrami przygotować się do złożenia ślubów wieczystych.

Pod koniec kwietnia 1933 roku przyjechała do Krakowa, aby odprawić ośmiodniowe rekolekcje i złożyć wieczystą profesję. Kiedy wspomnę sobie – wyznała – że za parę dni mam się stać jedno z Panem przez ślub wieczysty, radość zalewa moją duszę tak niepojęta, że nie umiem tego wcale opisać (Dz. 231). 1 maja 1933 roku ceremoniom ślubów wieczystych przewodniczył bp Stanisław Rospond. Siostra Faustyna w czasie tych ceremonii polecała Jezusowi cały Kościół święty, swoje Zgromadzenie, rodzinę, wszystkich grzeszników, konających i dusze w czyśćcu cierpiące. Dziękowała za niepojętą godność oblubienicy Syna Bożego i prosiła Matkę Bożą o szczególniejszą opiekę, przypominając Jej nowy tytuł do miłowania. Matko Boga, Maryjo Najświętsza, Matko moja – mówiła do Niej – Ty w szczególniejszy sposób teraz jesteś Matką moją, a to dlatego, że Syn Twój ukochany jest Oblubieńcem moim, a więc jesteśmy oboje dziećmi Twymi. Ze względu na Syna musisz mnie kochać (Dz. 240). Na znak wieczystych zaślubin z rąk Księdza Biskupa przyjęła obrączkę z wygrawerowanym imieniem: Jezus. Od tej chwili jej obcowanie z Bogiem było tak ścisłe, jakiego nigdy przedtem nie miała. Czuła, że kocha Boga i że jest kochana.